Oh, shit

Ten wpis miał się zacząć inaczej, ale Anthony Hopkins zmienił mi całą koncepcję. Byłem kompletnym matołem – powiedział w jakimś wywiadzie. Czy z ust kogoś tak sławnego
i utalentowanego mogą paść piękniejsze słowa? Ciekawe, co powiedział George Clooney po zgarnięciu Złotego Globa za Spadkobierców. Bo Oh, shit autorstwa Meryl Streep zdążyło już zgorszyć cały świat. Najlepsze jest jednak to, że nie nagrodą aż tak bardzo się przejęła. Po prostu zapomniała okularów. I było jej dawać (choć gdybym to ja już ósmy raz odbierał Globa, pewnie też miałbym to gdzieś)? Mniej więcej w tym samym czasie wybrano najbardziej obrazoburczy film
w historii – Kaligula w reżyserii Tinto Brassa. Za Kazirodztwo, homoseksualizm, epatowanie naturalistycznymi scenami gore i pornografią. I czym tu się oburzać? Dla mnie brzmi nieźle. Polecam obejrzeć sobie Ciacho albo Och, Karol 2. W tych filmach dzieją się rzeczy o wiele gorsze. Scenariusze porywają się na coś znacznie większego niż poczucie estetyki. Wkraczają w sferę inteligencji i poczucia humoru sugerując, że każdy z nas to zwykły debil. Najwidoczniej
w podobnym przekonaniu żyją twórcy moodINQ. To coś, to urządzenie do robienia tatuaży na każdą okazję. Oh, shit.

bardzo spokojna noc

W tym tygodniu przeżyłem dwa rozczarowania. Pierwsze w czwartek. Koncert Twilite w Szajbie okazał się większym niż kontynuacje Matrixa. Mam nadzieję, że nie będą długo grać, bo już przynudzają. W tym momencie interesuje mnie tylko alkohol, że tak zacytuję mojego kompana. Drugie w piątek, kiedy obejrzałem w całości podobno kultowy już film Mr. Nobody. Co za pretensjonalne gówno! Na szczęście wieczory spędzone na rozmowach o teatrze, literaturze, piciu alkoholu i długich samotnych powrotach jak zwykle okazały się wystarczającą rekompensatą. Po czym  wreszcie miałem spokojną noc. Dobrą, mleczną. Może tylko trochę boli mnie kark od złego spania. Ale to nic. Tym bardziej, że dzisiaj nie zrobiłem praktycznie nic. Nic oprócz czytania Hłaski, słuchania Toma Waitsa i oglądania Family Guy’a. Zjadłem jeszcze sałatkę warzywną,
o której marzyłem przez całą drogę powrotną na Biskupin. Trochę też spałem. Bardzo spokojna ta niedziela. Znowu nie zasnę do czwartej. Pewnie będę oglądał von Triera. Oby nie okazał się kolejnym rozczarowaniem.

81.60

Dawno Wam się nie chwaliłem swoimi zdobyczami. Tym, którzy może nie śledzą mojego bloga od początku (są tacy?), szybko tłumaczę, iż jestem fanem wyszukiwania dóbr kultury na wszelkiego rodzaju wyprzedażach, przecenach i promocjach. Począwszy od antykwariatów przez składnice taniej książki po znienawidzone sieciówki. Zanim mecz Heat vs. Pacers rozkręci się na dobre i ominą mnie kolejne spektakularne akcje przechodzę do rzeczy. Wszyscy już wszystko wiedzą. Zaczynam. Album Geogaddi Boards Of Canada z 2002 roku za 24.90 (ten żal, kiedy jarasz się czymś jak pedofil wycieczką do Disneylandu, ale tylko nieliczni w ogóle wiedzą, o czym mówisz), krążek Songs for the Deaf Queens Of The Stone Age za 19.90, Temple Of The Dog za taką samą kwotę (Chalmers właśnie trafił trójkę), film Dogville Larsa von Triera za 4.50 (piękna dwójkowa akcja duetu Bosh-Lebron), western 3:10 do Yumy z równie piękną dwójkową akcją duetu Crowe-Bale za 12.40. Ten wpis kończy się wraz z przerwą na życzenie trenera Spoelstra przy stanie meczu 24:24.

dwie butelki

Przez chwilę myślałem, że spełniło się jedno z moich świąteczno-noworocznych życzeń: dwie butelki wina. Niestety. Chodziło o dwie butelki mleka (na szczęście je podobno też da się załatwić). Wino pozostanie więc tylko/aż sylwestrowym wyposażeniem. Bawcie się dziś przy porządnej muzyce, pijcie dziś porządny alkohol i miejcie jutro porządnego kaca. Tego życzy Wam autor niniejszego bloga. I jeszcze trochę dystansu do świata i poczucia humoru, żeby przetrwać ten cały syf, który czeka Was w 2012.

guitar hero, nba i irena santor

Boże Narodzenie, Sylwester, Nowy Rok. Ja jako czujny bloger nie mogę tego przegapić. Postanowień żadnych nie będzie, bo o kant dupy je roztłuc można. Zacznę chodzić na siłownię, zrobię prawo jazdy, zostanę wolontariuszem w schronisku, nauczę się chorwackiego, będę jadł kozi ser, a potem strzelę sobie w łeb.  Zamiast tego wolę sobie czegoś zażyczyć. Z ubiegłorocznych moich życzeń ani jedno się nie spełniło, nad czym trochę ubolewam, ale być może chciałem za dużo (BABY PLEASE COME HOME [U2]). Dlatego w nadchodzącym 2012 życzyłbym sobie: bardzo dużo pieniędzy, zmywarki, wyboru z pierwszym numerem w drafcie NBA, nowej płyty Ireny Santor,  własnego tomiku poetyckiego, własnej serii perfum, prowadzenia rozdania nagród Róże Gali, zdobycia maksymalnej ilości punktów w Guitar Hero, napisania książki Bombardowanie
i okupacja
, trzech labradorów (pamiętajcie, pies to nie prezent), dwóch butelek mleka, spotkania
z Piotrem Kraśko i gwiazdy na Hollywood Boulevard.  Trzymajcie kciuki. I nie mówcie nikomu, że trochę oszukałem, bo jeden prezent już mam.

siedem godzin w jedną, siedem godzin w drugą

Po gali rozdania nagród Nocne Marki Aktivist napisał na swoim facebook’owym profilu, cytuję:
i znowu upiliśmy całe miasto. Święta prawda, kurwa. Tylu zachlanych mord w jednym czasie pod jednym dachem nie widziałem chyba nigdy. A wszystkich jak zwykle zgubiło jedno słowo – darmowy. Za free Wyborowa i Ballantine’s, że tak zareklamuję i odwdzięczę się za możliwość degustacji. Tego dnia, nie pamiętam już dokładnie którego wtedy mieliśmy,  nieważne czy projektant, czy model, czy Kapela, wszyscy okazaliśmy się równi wobec prawa grawitacji. Podobnie jak w średniowiecznym danse macabre. Korowód ludzi wszystkich stanów z wódą na czele. Tylko w Warszawie chyba nikt nie umarł. Podkreślam, chyba. Zatem warto było się wybrać. Warto było przecierpieć te siedem godzin w jedną i siedem godzin w drugą stronę (z tego miejsca chciałbym zaznaczyć, że szczerze nienawidzę PKP i że może mi skoczyć), warto było
u śmiesznego Turasa na dworcu wszamać tego kebaba, co prawie mi gębę wypalił i warto było nie być na gali rozdania dyplomów (ja pieprzę, te czapeczki…). Szkoda tylko, że PUZZLE nie zgarnęły nagrody Klub Roku 2011. W takich momentach zawsze odzywa się we mnie lokalny patriotyzm.
A po alkoholu nocny marek, dlatego z uśmiechem na ustach mógłbym jeszcze tego samego wieczora podbić stolicę. Ale na pociąg trzeba było.

dopiero siódmy

Wczoraj wieczorem czułem się jak wielka miętowa guma do żucia. Nie pytajcie dlaczego. Niech wiedzą tylko Ci, co wiedzieć powinni. Mamy grudzień. W zasadzie dopiero początek, a ludzi i tak już zdążyło nieźle posrać. Święta i Mikołaj to jeszcze nic. W jednej z katowickich galerii handlowych pijany ochroniarz strzelał do kasjerki, w San Diego facetowi pomylił się hamulec
z gazem i wjechał w pełną ludzi restaurację, zabójcą taksówkarza z Nowego Sącza okazał się szesnastoletni nałogowy hazardzista z długami, a Freddie’ego Mercury’ego ma zagrać Borat.
Z kolei na Facebooku robi się coraz większy śmietnik: durnowate quizy, na które odpowiadają tylko lamusy, 2.921 osób lubiących grupę Jaram się wydziaranymi świniami oraz notoryczne przerzucanie się złośliwymi kwejkami i gifami przez kibiców Barcelony i Realu. W związku z nastaniem grudnia zwiększyło się również zapotrzebowanie na gadanie przez telefon w tramwajach (chyba przez to, że na przystankach tak piździ), wpieprzanie kasztanów w czekoladzie i słuchanie zespołu KISS, który nagle przestał być obciachowy. A przypominam, że to dopiero siódmy.

długie i smutne powroty

Miasto spotkań, Przestrzenie dla pięknaEuropejska Stolica Kultury. Gówno prawda! Wrocław wysysa. Jest wymagający i niewdzięczny. Dużo obiecuje, ale nie można mu ufać. Jest jak namiętny kochanek, który znika i nie dzwoni. Mami setką możliwości i perspektyw, by na końcu rzucić Cię na głęboką wodę bezpłatnych praktyk i staży. Zostają tylko najlepsi, najmocniejsi, najbardziej cwani, nie wiem. Nocne życie w nim jest tak kuszące, że niewielu jest w stanie mu się oprzeć
i wytrzymać jego tempo. Ja wsiąkłem na dobre. Z każdej strony hordy (nie mylić z fiordami) znajomych, emocji, informacji i doznań. Ciągłe balansowanie na granicy ludzkich uczuć
i wytrzymałości własnego organizmu. Wieczorne wypady zazwyczaj zakończone długimi
i smutnymi powrotami siecią żarłocznych ulic. Samotność dnia następnego może nie byłaby tak przytłaczająca, gdyby pod łóżkiem zawsze stała butelka wody mineralnej. A przecież trzeba jeszcze studiować i pracować. Trzeba dotrzymywać terminów, budzić się o rozsądnych porach
i wyrzucać śmieci. Najgorzej, kiedy musisz wyrzucić coś z siebie. Choć po alkoholu nie rzygałem chyba nigdy. I nie zamierzam, bo to szczyt upodlenia. A ja w całym tym młynie wolę jednak zachować resztki godności.  

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.